Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miniaturki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miniaturki. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 listopada 2013



 Pieter Bruegel, "Dulle Griet" 







wariacje   




preludium

Spędzam dzień jak płód: w głębi siebie, niechętnie. Wiedziałam już, co znaczy, że muzyka potrafi zabijać: struny słońca na twoich policzkach. Najciekawsze jest to, że po śmierci muzyka wcale nie cichnie. Jest nawet czystsza, sama w sobie, choć zarazem słychać wyraźnie wszystkie zakłócenia. Oczywiście miałam na myśli: po śmierci duszy. Słychać wtedy tylko dwa rodzaje dźwięków: doskonałą symfonię i szuranie krzeseł.


kołysanka dla meteoru

Opowiedzieć szaleństwo. Ciśnie się zdanie: szaleństwo to nie narracja. Racja. Szaleństwo jest mało malownicze, ledwie lingwistyczne, przygodnie przygodowe. Jest ziarnem, z którego wyrasta słodki owoc, rzuconym poza Ziemię. Ziarnko obrasta lodem, wróci meteorem.
Meteoryt. Meta-ryt, który będzie się odtąd bezskutecznie wybielać. Już nigdy tabula rasa, już zawsze fabula... To bardzo nużące... Zaśnij, meteorku! Sza, lonely!... 





poniedziałek, 5 sierpnia 2013


Courtney Blazon


               substancja syntetyczna

    Najbardziej się cenię, kiedy mnie nie ma. Wyobrażam sobie wszystkie szczęśliwe początki, niezauważalnie przechodzące w kody. Wyobrażam sobie twoją twarz - odbitą w monecie studni, potem myślę: to awers ja. Słychać śmiech cembrowiny, zgrzytliwy rechot łańcuchów. Myślę: każda studnia jest monetą, którą wrzucamy do jeszcze większej studni. Ta największa to lustro - ślepe, bo nie da się przez nie wrócić do piekła; trzeba pozostać z tej strony twojej twarzy. Trzeba zaakceptować fal start, stalagmityczne piękno kryształów soli, która rozmazuje ci róż-e...

czwartek, 8 listopada 2012

gwiazdka

Co ja w ogóle robię? Nie oglądam filmów, bo film to mi się kojarzy z folią plastikową (c/i/elo-fańskie życie). Opakowuję wymysły, wydają mi dużo reszty - w sam raz na hazard. Zakładam się z moim psem, że nie ma trzeciej strony księżyca, tfu, monety, że rzucanie cienia jest poważnym zajęciem i każda moneta na dowolnej krawędzi dozna tej iluminacji, że najlepiej słuchać sąsiadów. Pan z pieskiem opowiadał, że podszedł sobie spokojnie do bankomatu, wklikał co powinien, a tu bankomat się zatrzymał i wyświetlił napis: "potrzebujesz więcej czasu?" Sąsiadowi w oczach pociemniało, drżącymi rękami wydobył kartę visa i nie oglądając się za siebie zdołał jakoś pogrążyć się w zakupach w Biedronce, niemniej co przeżył thriller, to broszka, bynajmniej nie jego, jedynie nieswoja. I co jeszcze robię - liczę, bardzo dużo już naliczyłam, liczi i inne owoce zapamiętania - z - się i kwiaty zła-godzenia i parę innych się-kier, którymi łamię nowo(słowo)twory wyobraźni jak opłatek.



[The Christmas Star by David Lee Thompson]
 


(Mirror Mirror by Mirian)
 


                                                Silve(r) is gone*

Miałam kiedyś chłopaka. To był, doprecyzujmy, bardzo zwyczajny człowiek, syn prawosławnego teologa i literaturoznawczyni, ekonomista, wegetarianin, zapalony kucharz i podróżnik. Miałam nadzieję, że nauczy mnie tej odrobiny zwyczajności, ale się przeliczyłam. Ukradło mi go moje lustrzane odbicie, szast prast i mieli osiąść razem w Indonezji i wieść ustatkowane życie studentów, następnie słuch o nich zaginął. Ostatnio odezwało się obrócone ja i zdało krótką relację z nieobrotów sprawy. Oberwało mi się przy okazji w ramach jej samokrytyki, że widzimy w sobie wzajemnie nieautonomiczne osoby, że nie odróżniamy się od siebie nawzajem. Kilka urozmaiconych skrętów czasu odświeżyło sprawdzony układ. Chciała bardzo się spotkać, ja zapewne też, ale nie byłam w stanie jej tego powiedzieć. Patrzyłam tylko na nią przez stojącą między nami przezroczystą szybę.


*Sylwia/Srebro odeszła/o/


Marshall Astor - In Black and White


    Bitwa Kiedykolwieczności


       Spotkałam Boga i spotkałam Diabła. Ten pierwszy był nim mimo jasnej introspekcji, że wszyscy mają to w d..., drugi natomiast przedstawił się tak niejako na marginesie. Pierwszy niestety we mnie nie uwierzył, drugi powątpiewał we wszystko tak gremialnie, że wiara wróciła tylnymi drzwiami i zrobiła nam w głowach nieziemski przeciąg. Przeciągi dzielą się na te zewnętrzne i wewnętrzne. Nie zdążyłam się przekonać, czym jedne różnią się od drugich, bo zostałam zatrzaśnięta na zewnątrz lufcika. Od tamtej pory podróżowałam po epizodycznych półpustyniach i robiłam zdjęcia. Nie rozumiem "przejścia" między czarnym a białym, tego, że są tym samym, chociaż niczego ani siebie nawzajem nie odzwierciedlają. I że nie ma "drugiej strony kamery", choć dobrze tam być - chociażby po to, aby zrobić werystyczny wernisaż. Trudno znieść prawdę, którą się wyraziło, ale i tak ciekawość jest silniejsza, i rzeczywiście - zdumienie powraca: nie ma fotomontażu retro-aktywnego. Czas nie zmienia niczego poza stopniem, konfiguracją, kolejnością, o dziwo nie anihiluje eterycznej substancji, w której zanurzone są płatki pamięci. We live together in a photograph of time**; stąd wiem, że spotkałam Boga i Diabła. A przecież, najgorsze miało dopiero nastąpić...


* luźny przekład tytułu piosenki Led Zeppelin "The Battle of Evermore"

** "mieszkamy razem na fotografii czasu" (fragment piosenki "Fistful of Love" Antony and the Johnsons)


(15.09.2012)

niedziela, 12 sierpnia 2012


   STÓŁ

   Stół stoi – i widzę stół. Nic ponadto. Nie widzę idei stołu, nie widzę wszystkiego, co może się na nim znaleźć. Stół mnie odsyła do stołu, a stół jak stoi, tak stał. Bez polotu. Stół stoi stale. Stoi stojący stół. Boże! Widzę Boga. Nic ponadto. Żadnej idei Boga ani Wszystkiego, czym może Się stać. Po prostu Bóg. Kompletnie bez polotu. O dobrze wyrzeźbionych rysach i wyciosanej sylwetce. Konkretny jak stół. Idealny przedmiot wiecznej obserwacji... Bóg siada za stołem. Poprawia okulary. Chrząka i rzuca swym konkretnym tonem:
Więc mówi pani, że widuje pani Boga...?



(rocaroalpacas.blogspot.com)

sobota, 21 kwietnia 2012


                        WALLWAYS

     Sometimes I feel very much like below. But I don't want to be the wall anymore. What I would prefer to be is a door which can be easily transformed into a window. A windoor. In order to see through it or see it through, clearly, one must first clean up windowpains. And never stop believing that there i s another living room..





(a living wall from jokaroo.com)

niedziela, 5 lutego 2012


 (Lawrence Yang, "Heart of Darkness")
 
     
POCZTÓWKA ZNAD KRAWĘDZI

         RZUCIŁEŚ WE MNIE CZARNYM ODŁAMKIEM SKALNYM, PRAGNĄC BYĆ MOŻE OPISAĆ PTAKA KAMIENIEM*. USIŁUJĘ OPISAĆ TO WSZYSTKO CZARNO NA BIAŁYM. ALE TY JESTEŚ TAK NEGATYWNY, ŻE CZERŃ OKAZUJE SIĘ BIELĄ, I NA ODWRÓT. DLATEGO LEPIEJ ZROBIĘ, OPI/-ASUJĄC ŚWIATŁEM TWOJE BIJĄCE GŁUCHO HEART OF DARKNESS.


* Z RÓŻEWICZA

czwartek, 24 listopada 2011

HOUSE WITH NO DOOR FROM THE INSIGHT. SOME THOUGHTS ON INSANITY
IN THE AGE OF REASON


    Myślę, że przymusowe zamknięcie w szpitalu jest koszmarem tylko dla wariatów, stąd ich obłędny strach przed szpitalem jest całkiem logiczny. Tak, jak z kolei zupełnie nielogiczny jest lęk przed otwarciem się na szaleństwo: jeśli się na nie otworzysz, nie opanuje Twojej podświadomości, nie zamkniesz go w szpitalnie wysterylizowanym wnętrzu swojego umysłu i żaden wariat na świecie nie będzie już musiał cierpieć.


house with no? door

poniedziałek, 1 sierpnia 2011


(Salvador Dali)


impresja

Znowu gadałam od rzeczy o wyrwaniu się z szufladek. Bo się dopiero robi ciekawie, kiedy Cię inni widzą w jednej albo więcej szuflad, a Ciebie tam nie ma... Możesz podtrzymać złudzenie optyczne, ale możesz też wysunąć szufladę do przodu zuchwale jak szczękę i czekać, aż ich rozbiegane oczy zakomodują obraz samych siebie w toaletkowym, owalnym lusterku. Wnikliwe spojrzenie przykuje ich uwagę i zaczną omiatać wzrokiem swoje wnętrza, lecz choćby nie wiem jak się zapierali, nigdy nie uda im się skompresować pustki, która skupiła się po drugiej stronie lustra. Jeśli wysadzą zwierciadło, wysadzi ich szuflada, naoliwiona, pokryta miękką warstwą kurzu.

niedziela, 31 lipca 2011



O NIEBYCIE SŁÓW PARĘ albo KRÓTKA HISTORIA NICZEGO

             Nieraz myślę, że mogłabym zniknąć w jednej chwili jak wilgoć w grubej warstwie piasku i nie tylko światu byłoby to obojętne – także ja nie zauważyłabym różnicy. Weźmy Roberta – potrafię o nim myśleć tylko wtedy, gdy go nie ma. Kiedy jest ze mną, za bardzo się boję, że zaraz odejdzie, choć zarazem wyglądam sobie z ciekawością zza pleców: czy już jesteśmy dostatecznie dalecy? Jesteśmy jak gwiazdy niekoniecznie ze względu na stopień jasności naszego układu, ale – na rosnące odległości. Energia nie tylko poprzedza materię; także ją aktualnie rozrzedza. Jesteśmy jak śladowe ilości orzechów w puszkowanej galarecie czasu; bez wątpienia możemy w niej występować, choć bardzo rzadko można nas naprawdę poczuć.  Galareta krzepnie niczym trup, zawsze na tyłach, mozolnie, zastygając w woskowych kształtach wróży nam przeszłość, której nigdy nie przeżyliśmy i nie przeżyjemy ponownie w kurczącym się Wszechświecie, nogami do góry. Cokolwiek uczynione nie zostało, uczynione nie zostanie. Niebyt powraca w kolejnych wcieleniach.

niedziela, 17 lipca 2011




Us and Them Studio, Treehugger


                                                          (O)GROM

                                                                  Samotne drzewo rosło na wzgórzu pośrodku łąki. Nadeszła burza i – ponieważ stało tam zupełnie samo – trafił w nie piorun i roztrzaskał je. Co za szczęście, że kiedy przyszła burza, drzewo było samo! Inaczej nigdy nie położyłoby się na łące, tylko stałoby podparte przez inne drzewa – roślina przez rośliny podtrzymywana przy życiu.



 Sonny Kay, Waiting

wtorek, 24 maja 2011

THE OBLIGATION OF BEING HAPPY...


   ...or whatever synonyms one can find -- healthy, slim, satisfied... I don't want to be satisfied, just the opposite: I crave to be insatiable ;p The obligation of being happy is widespread and, at the same time, for me totally unbearable. I think I can only be happy when I am unhappy. Thus, I am going to stay unhappy, as long as I don't become too happy about it. :)


                                                                          

sobota, 30 kwietnia 2011


JAK WYZWOLIĆ SWEGO WEWNĘTRZNEGO IDIOTĘ. PODRĘCZNIK
na motywach VON TRIERA

              Pamiętaj - ile razy przyjdzie Ci wybierać, bądź swoim własnym niespełnieniem. Najwygodniej jest trzymać rękę cały czas wysoko w górze (przynajmniej leżąc, ale przecież generalnie wszystko leży) - rodzaj nieprzewidzianej, pulsującej nieważkości. Wyruszaj na wersalce - Statku sennych Głupców - na poszukiwanie wewnętrznych ograniczeń; kolekcjonuj totemy druzgocących klęsk. Ile razy zacznie się w Tobie coś wznosić - pozwól mu odlecieć. A potem śmiej się, śmiej na całe gardło suchym śmiechem szaleńca, który zaraził się nieuleczalnym śmiechem...


(Fabio Novembre -- Sofa Divina)

czwartek, 28 kwietnia 2011

PRZY SOBOCIE PO ROBOCIE

                          Boję się tego momentu. To dziwne. On już się stał, a ja się go jeszcze boję. Coraz bardziej do cna. Zegar zawraca. Ja zawracam głowę. Wystawiony do wiatru język odmienia się przez przypadek. Nieodmienność zawraca. Nieodmienność zawraca Wisłę kijem. Każdy kij ma dwa końce. I nie ma dwóch zdań: boję się tego momentu nie-cnego apogeum -- punktu kulminacyjnego moich pery-patii. Otaczam świat świadomie, z pełnym poświęceniem. I naśmiewam się w gułag z jego skończoności.



(FARID DE LA OSSA ARRIETA)

sobota, 1 stycznia 2011


Some anatomy of passing by

I wonder if covering in indifference means also covering in peace. To what degree the one entails the other and the other way around? Surely, there's smth else in any case: some shared component of both which sumultanuously goes beyond them. An ounce of something pungent – but of what? Of some chilli reflection in the face of a stranger? Perhaps, but also – of some pungent smoke eating out apples of our eyes. Making us do with the very core.


Jeff Burger

wtorek, 28 grudnia 2010

Moje najwcześniejsze wspomnienie dotyczące własnego wyglądu: mam ok. 10 lat
i zastanawiam się, patrząc w lustro: "Ciekawe, czy jestem ładna?.." (wcześniej brałam to za oczywiste.) Jak widać, był to dla mnie problem nie tyle praktyczny, co poznawczy, którego weryfikacji w sferze praktycznej nie antycypowałam, nie mając pojęcia, na czym by mogła polegać. Dziwny był tak totalny platonizm u dziecka, ale w ogóle jako dziecko świetnie rozumiałam znaczenie słów, ich pisownię, gramatykę i etymologię; jeśli coś mnie przerażało, to milczenie. A przecież tego właśnie dnia przed lustrem rozpoczęło się całożyciowe milczenie tej postaci, którą byłam lub którą wydaje się, że byłam; wewnętrzne milczenie, bo ona nie mówi mi nic poza przekazaniem chłodnego odbicia – gorzkiej monety snów pod moim językiem.



(Vladimir Kush